Blog dla ludzi aktywnych i ciekawych świata. Zobacz świat Okiem Obiektywu i przekonaj się ile świat może nam zaoferować. Sprawdzam ciekawe miejsca, wydarzenia i atrakcje z różnych zakątków świata. Odkrywam historię miejsc i ludzi. Cofamy się w czasie. Podróże, relacje, porady praktyczne, wskazówki, interaktywne mapy, zdjęcia i filmy.
Okiem Obiektywu to styl życia, który sprawia, że na co dzień czuje się po prostu dobrze. Okiem Obiektywu to przede wszystkim słuchanie pragnień, planowanie działań i realizacja marzeń. To tu znajdziesz, bogactwo motywujących opowieści i użytecznych porad. Pozwól się zainspirować i znajdź swój styl - styl widziany Okiem Obiektywu
Nie trzeba jechać na południe Polski, żeby poczuć krajobraz, który bardziej przypomina góry niż niziny. Czasem wystarczy skręcić z głównej drogi i zejść w dół - do miejsca, gdzie teren zaczyna dyktować własne zasady.
Okolice Płutowa kryją w sobie coś wyjątkowego - kontrast, który trudno dostrzec na pierwszy rzut oka. Z jednej strony są Zbocza Płutowskie: strome, silnie nasłonecznione skarpy, na których przetrwały reliktowe rośliny stepowe. To ewenement na skalę tej części Europy. Występują tu tzw. murawy kserotermiczne, czyli roślinność ciepłolubna, która normalnie zasiedla regiony Morza Czarnego czy południowej Europy. Wiosną zakwita tu m.in. rzadki miłek wiosenny, a zbocza zamieniają się w żółte połacie.
Z drugiej strony jest jar. Głęboki, cienisty, wilgotny. Wcięty w wysoczyznę jak rana w ziemi. To zupełnie inny mikroklimat - chłodniejszy, wilgotniejszy, przypominający lasy górskie. To właśnie tam prowadziła mnie zimowa wędrówka.
Zejście w dół - co warto wiedzieć?
Schodząc do jaru, szybko przestaje się myśleć o szlakach, trasach i planach. Nie ma tu wyraźnych ścieżek, są tylko naturalne przejścia - czasem wydeptane przez zwierzęta, czasem po prostu wynikające z ukształtowania terenu. Zimą, gdy śnieg przykrywa detale, krajobraz staje się prostszy, ale jednocześnie bardziej czytelny.
W dole panuje cisza. Inna niż ta na otwartej przestrzeni. Tłumiona zboczami, miękka, przerywana jedynie dźwiękiem wody i trzaskiem gałęzi. Mróz jest mniej dotkliwy, wiatr niemal nie dociera. To miejsce, które naturalnie zmusza do zwolnienia.
Poradnik praktyczny: Jak się przygotować?
Jako że blog ten ma charakter nie tylko inspiracyjny, ale i poradnikowy, muszę Was ostrzec: Zbocza Płutowskie to teren wymagający, szczególnie zimą i wczesną wiosną. Oto kilka wskazówek, zanim ruszycie w teren:
Obuwie ma znaczenie: Podłoże tutaj to glina. Gdy jest mokra lub lekko rozmrożona, staje się niezwykle śliska. Zwykłe buty sportowe mogą nie wystarczyć. Zalecam wysokie buty trekkingowe z agresywnym bieżnikiem.
Bezpieczeństwo w jarach: Wąwozy są głębokie, a ich zbocza strome. Leżące drzewa (wiatrołomy) są często spróchniałe i śliskie. Nie wchodźcie na nie, jeśli nie musicie. W takich miejscach łatwo o kontuzję, a zasięg telefonii komórkowej na dnie jaru bywa ograniczony.
Szanuj mieszkańców: To ostoja zwierzyny. Jesteśmy tu gośćmi w ich sypialni. Jeśli zobaczycie sarny lub dziki (a ich śladów jest tu mnóstwo), zachowajcie dystans i ciszę. Nie używajcie dronów na niskich wysokościach, aby nie płoszyć zwierząt.
Okiem fotografa: Jak robić zdjęcia w takim terenie?
Z perspektywy fotograficznej, jary Doliny Dolnej Wisły to temat trudny, ale wdzięczny. Zimą największym wyzwaniem jest rozpiętość tonalna. Śnieg na górze jaru potrafi być jaskrawo biały, podczas gdy dno wąwozu tonie w głębokim cieniu.
Moja rada? Skupcie się na detalach. Zamiast walczyć z trudnym światłem w szerokich planach, poszukajcie kontrastów: faktury kory na tle śniegu, zamarzniętego strumienia czy pojedynczych liści uwięzionych w lodzie. Warto też korzystać z filtra polaryzacyjnego, który pozwoli zredukować odblaski na mokrych liściach i lodzie, wydobywając głębszy kolor.
Las bez scenariusza
Jedną z pierwszych rzeczy, które rzucają się tu w oczy, jest brak ingerencji człowieka. Powalone drzewa leżą dokładnie tam, gdzie upadły. Wiatrołomy nie zostały uprzątnięte, ścieżki nie są "poprawiane", a las funkcjonuje według własnego rytmu.
To właśnie ta naturalność stanowi o wartości tego obszaru. Rezerwat nie chroni tu jedynie widoków, ale procesy - starzenie się drzew, rozkład drewna, erozję zboczy. Natura nie jest tu tłem, lecz głównym bohaterem.
Goście w czyimś domu
Podczas nagrywania filmu spotkałem sarny. Przez krótką chwilę obserwowały mnie z dystansu, po czym zniknęły w gęstwinie. To zawsze dobry moment przypomnienia sobie, że w takich miejscach człowiek jest tylko przechodniem. To nie my jesteśmy tu najważniejsi.
Dolina Dolnej Wisły pełni funkcję jednego z kluczowych korytarzy ekologicznych w Polsce (obszar Natura 2000). Zimą, gdy ludzka obecność jest minimalna, widać to szczególnie wyraźnie.
(Jeśli reprezentujesz region lub gminę i chciałbyś promować takie unikalne miejsca w podobny sposób - zapraszam do współpracy z regionami).
Na koniec
Cieszę się, że mogłem tu przyjść i że mogłem pokazać Wam ten fragment Doliny Dolnej Wisły w zimowej odsłonie. To jedno z tych miejsc, które nie potrzebują głośnej promocji, ale zasługują na uważne spojrzenie.
Jeśli bliskie są Wam takie spokojne wędrówki, fotografia i opowieści o krajobrazie bez filtrów i fajerwerków - zapraszam Was do subskrypcji kanału Okiem Obiektywu. Przed nami jeszcze wiele podobnych miejsc, do których trafia się nieprzypadkowo.
Wbrew powszechnym opiniom, że poligon to jedynie „dziury w ziemi i łuski”, jest jednym z najcenniejszych przyrodniczo obszarów regionu. To paradoks, który zawsze mnie fascynował - militarna strefa śmierci, która stała się azylem dla życia. Choć w rejonach upadku pocisków ziemia bywa dosłownie „przeorana”, ogromne połacie stref buforowych, nad którymi jedynie świszczą pociski, zachowały charakter zbliżony do pierwotnej Puszczy Bydgoskiej.
Teren Poligonu Toruńskiego, funkcjonującego dziś jako Centrum Szkolenia Artylerii i Uzbrojenia, jest dla cywilów swoistym „zakazanym owocem”. Brak powszechnego dostępu oraz ograniczona gospodarka leśna sprawiły, że natura od dziesięcioleci rządzi się tu własnymi prawami. To jedna z ważniejszych ostoi wilka, łosia czy bielika w tej części kraju.
To, co wyróżnia ten obszar w skali europejskiej, to rozległe wydmy śródlądowe. Poligon jest jedynym tak dużym obiektem militarnym położonym na wielkopowierzchniowym polu wydmowym. Rzeźba terenu jest tu niezwykle urozmaicona - labirynt piaszczystych wzniesień i dolin sprzyja bioróżnorodności i tworzy krajobraz, który potrafi autentycznie zachwycić.
Warto pamiętać, że jest to jeden z najstarszych poligonów w Europie - cele wojskowe realizowano tu już w XVIII wieku, z przerwami. Wycinka drzew pod potrzeby obserwacyjne odsłoniła unikalny, niemal „pustynny” krajobraz, który do dziś pozostaje przedmiotem badań naukowców z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Mimo to - wciąż skrywa on wiele tajemnic.
Tajemnica Góry Rezerwat
W południowej części poligonu, w pobliżu nieistniejącej już wsi Popioły (dawniej Aschenort), znajduje się miejsce oznaczone na mapach jako Góra Rezerwat. Historia tej osady sięga czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, gdy funkcjonował tu folwark. Dziś po wsi pozostały jedynie nazwy i drzewa.
Sama nazwa „Góra Rezerwat” bywa myląca. Nie znajdziemy tu tablic informacyjnych ani formalnie ustanowionego rezerwatu przyrody. Jednak około 700 metrów na wschód od wzniesienia trafiamy do świata, który zupełnie nie pasuje do sosnowej monokultury Puszczy Bydgoskiej. W morzu sosen nagle pojawiają się potężne daglezje, dęby, jesiony i klony.
Ten „nieoficjalny rezerwat” to pamiątka po dawnych eksperymentach leśnych. Jeszcze w czasach zaboru pruskiego, a później w II RP, leśnicy z nieistniejącego już Nadleśnictwa Popioły testowali tu aklimatyzację obcych gatunków. Dziś to swoiste arboretum ukryte w sercu poligonu. Podczas jednej z wypraw zmierzyłem obwód jednej z daglezji - ponad 5 metrów. Drzewo to może pamiętać czasy napoleońskie, a być może jest jeszcze starsze.
Zimowe hartowanie i odporność
Surowe, dzikie tereny takie jak ten są idealnym miejscem do zimowego bytowania. To dla mnie najskuteczniejsza forma budowania odporności - marsz w trudnym terenie, zimno i bezpośredni kontakt z naturą. Przy większym wysiłku organizm warto jednak wspierać także od środka.
Podczas wypraw terenowych, gdy dieta bywa ograniczona, uzupełniam ją produktami polskiej marki
Grinday. Przekonuje mnie ich podejście „clean label” - bez zbędnych dodatków, za to z czytelnym składem opartym na standaryzowanych ekstraktach i witaminach.
⚠️ WAŻNE: Poligon Toruński jest terenem czynnym wojskowo. W latach 2025-2026 odbywają się tu intensywne ćwiczenia. Wstęp poza wyznaczonymi strefami jest niebezpieczny i zabroniony.
Jestem pewien, że każdy z Was kojarzy serial: Czterej pancerni i pies. To jeden z najbardziej legendarnych polskich seriali telewizyjnych, uważany za polski serial wszech czasów. Na sukces serialu złożyło się kilka elementów. Jednym z najważniejszych było swobodne, przepełnione humorem i pozbawione martyrologii potraktowanie wojny. Silną stroną serialu była również znakomita gra aktorów - nie tylko pierwszoplanowych, ale również grających w rolach epizodycznych.
W województwie kujawsko-pomorskim ekipa filmowa serialu Czterej pancerni i pies pojawiła się w kilku lokalizacjach, między innymi w Świeciu, Starogrodzie koło Chełmna, Bydgoszczy i w Toruniu. Czy do tej listy należałoby dodać jeszcze opuszczoną wieś Saksoński Most? Są pewne poszlaki, które na to by wskazywały. Spróbuję się im przyjrzeć.
Sachsenbrück - Saksoński Most
Saksoński Most to miejscowość należąca dawniej do Rzeszy Niemieckiej. Wcześniej nosiła nazwę Sachsenbrück, która w wolnym tłumaczeniu oznacza właśnie Saksoński Most. Następnie wieś tę przemianowano na Pieczenia. Dziś po osadzie nie ma już prawie śladu.
Saksoński Most bez trudu odnaleźć można na starych mapach. Zaznaczonych jest tam kilka domostw, po których dziś pozostały dziury w ziemi i resztki podmurówek. Analizując poniższe zdjęcie, wywnioskować można, że miejsce to kiedyś tętniło życiem - dziś niestety jest już całkowicie zarośnięte.
Kierując się z Torunia, do tego miejsca trafić można podróżując tzw. Traktem Warszawskim, który dziś prowadzi przez Poligon Toruński. Po drodze warto odwiedzić miejsce, gdzie kiedyś stała Kapliczka z Otłoczyna.
Do Saksońskiego Mostu łatwiej jest się jednak dostać Drogą Wojewódzką 250, łączącą drogę krajową nr 15 w Suchatówce ze Służewem, która dalej przechodzi w drogę wojewódzką 266 do Aleksandrowa Kujawskiego.
Czy w Saksońskim Moście kręcono Czterech pancernych?
Wszystkie poszlaki prowadzą właśnie do tego miejsca, które rzekomo miało zagrać w serialu Czterej pancerni i pies. Dodatkowo potwierdzeniem tej śmiałej teorii jest fakt, iż w starych wersjach nawigacji AutoMapa miejsce to oznaczone jest tzw. punktem POI jako miejsce filmowe.
W miejscu, w którym dziś znaleźć można kładkę nad rzeką Tążyną, miała być kręcona jedna scena z 8. odcinka serialu pt. "Brzeg Morza". I faktycznie, w 8. odcinku "Czterech pancernych..." odnaleźć można jedną krótką scenę, w której Rudy 102 staje nad zniszczoną przeprawą. W kadrze widać połamane deski, las i wodę. Teren rzeczywiście żywo podobny do tego w Saksońskim Moście, ale to mogło być każde inne miejsce. Prawda czy mit? Nie wiem, ale historia ta dodaje temu zakątkowi jeszcze większej magii.
Prawdą jest jednak fakt, iż kilka chwil po wspomnianym ujęciu w filmie widzimy, jak Rudy 102 (fikcyjny czołg T-34) forsuje rzekę, którą z pewnością jest Złota Struga (dopływ Czernej) na terenie nieistniejącej już, niemieckiej wioski Jeschkendorf (dziś poligon Żagań - Żary). Niedawno wybudowano tam bród i teraz każdy może osobiście zrekonstruować tę scenę własnym samochodem.
Czy ekipa filmowa przenosiłaby się z Żagania nad Tążynę do Saksońskiego Mostu, aby sfilmować stary most? A może scenę tę nagrano w innym czasie? Tego dziś nie rozstrzygnę.
Mimo wszystko romantyczna wizja, iż w tym miejscu pojawiła się ekipa filmowa tego kultowego serialu, dodaje temu miejscu dodatkowych pretekstów, by je odwiedzić. Powodów jest jednak znacznie więcej.
Tama na Tążynie
Miejsce to warto odwiedzić także z innych przyczyn. Tuż obok starej przeprawy na rzeką Tążyną odnaleźć można betonowe pozostałości tamy. Najprawdopodobniej, choć teorii jest jeszcze kilka, jest to pozostałość pochodzenia niemieckiego. Podczas II wojny światowej Niemcy planowali zalać dolinę Tążyny. Jednak tempo radzieckiej ofensywy spowodowało, że nie zdążyli napełnić przygotowywanego zbiornika wodą, a sama rzeka po latach wydrążyła swój nurt obok tamy. Dziś obok starego przejścia nad Tążyną odnaleźć można betonowe konstrukcje, które uwiarygodniają tę tezę.
W tym miejscu jednemu z detektorystów, o którym pisze Jerzy Głuchowski na swoim blogu, w 2015 r. w czasie suszy, na dnie wyschniętej Tążyny udało się odnaleźć tory kolejki wąskotorowej wraz z podkładami i tłuczniem. Biegną one ponad metr pod warstwą koryta rzeki. Czy tory te służyły do transportu materiałów budowlanych do budowanej tamy? Może są to jednak pozostałości po innej linii kolejki wąskotorowej, które istniały na terenach Poligonu Toruńskiego? Póki co zagadki tej nie rozwiążę.
Poniżej publikuję kilka zdjęć detektorysty prosto z bloga http://jerzy-foto.blogspot.com/, na których widać tory kolejki wąskotorowej.
Wspomnienia wojenne z Sachsenbrück
Ciekawych wątków tego miejsca jest jeszcze wiele i z pewnością będą się jeszcze tutaj pojawiać. Dzięki Fundacji Moje Wojenne Dzieciństwo dotrzeć można do wspomnień Władysława Sołtysiaka pt. Warthegau czyli Wielkopolska, w których opisuje wojenną historię tego miejsca. Jest ona pełna trudnych tematów. Sami sprawdźcie poniżej.
"Einsatz"
Przyszedł sierpień 1944 roku. Front wschodni był już nad Wisłą. Niemcy w ostatniej chwili, w pośpiechu, ale jeszcze nie w panice, postanowili budować umocnienia frontowe na zachód od linii Wisły.
Pamiętnego dla mnie dnia 6 sierpnia 1944 roku deportowali nas z bratem i innymi pracownikami warsztatu, wraz z tysiącami ludzi z naszej części Wielkopolski i Łodzi w okolice Torunia, Aleksandrowa Kujawskiego, Dobrego, Radziejowa, na tak zwany "Einsatz". Tak nazywaliśmy tę niemiecką akcję kopania okopów.
Kilka dni później wywieziono również naszego ojca, ale w okolice Izbicy Kujawskiej. Mama została sama i w bezdennej rozpaczy.
Zakwaterowali nas w stodołach, młynach itp. niemieszkalnych pomieszczeniach. Z bratem rozdzielono nas. Zostałem sam, ale pocieszałem się, iż pozostał ze mną inny pracownik naszego warsztatu z Witkowa - pan Tadeusz Ł. Mieszkaliśmy w stodole. Póki był sierpień i wrzesień (wtedy wyjątkowo ciepłe), spanie w dziurze wygrzebanej w słomie nie było najbardziej uciążliwe. W październiku już zaczęło być wręcz strasznie, kiedy po ciężkiej pracy wracało się wieczorem na kwaterę do stodoły, często w ubraniu przemoczonym na deszczu. Zakopywanie się w słomę nie dawało niezbędnego do odpoczynku ciepła.
Wstawaliśmy o bardzo chłodnym świcie, wciąż w wilgotnej odzieży. Szliśmy na poły głodni wlokąc się kilka kilometrów na wyznaczony odcinek robót. Marsz do pracy długimi kolumnami ludzi pogrążonych w rozpaczy pogłębiał beznadzieję. A jednak w kobiecych kolumnach Łodzianek słychać było czasem śpiew. Tęskny, cichy śpiew łódzkich robotnic. Śpiew milknął, gdy w pobliżu pojawiał sie nadzorca Schultz. Pamiętam to nazwisko.
O trwającym właśnie Powstaniu Warszawskim nie wiedzieliśmy nic, gdyż byliśmy izolowani od miejscowej, nielicznej zresztą, ludności polskiej. A i ta, nie wiem, czy miała takie informacje. Gestapo dbało o to, aby tego rodzaju wieści nie przenikały z GG do polskiej ludności w Warthegau. Być może dorośli zdawali sobie bardziej sprawę z sytuacji, ale nie jestem też pewien, czy wiedzieli dużo o stojącym nad Wisłą froncie wschodnim. Przez mgłę pamiętam, że o tym rozmawiali. Rozmowy o tych sprawach były niebezpieczne, o czym zawsze należało pamiętać i z czego zawsze należało w czasie okupacji zdawać sobie sprawę, nie mając absolutnej pewności, czy rozmówca jest godny zaufania. Byliśmy zbiorowiskiem ludzi przypadkowych, spędzonych przymusowo. Może dorośli analizowali strzępy wiadomości oficjalnych, niemieckich, gdzieś wyczytanych z Ostdeutscher Beobachter?
Nasza praca polegała na kopaniu rowów strzeleckich, rowów przeciwczołgowych, budowie bunkrów, umacnianiu ich faszyną wiązaną drutem. Pół biedy, kiedy ziemia była piaszczysta i lżejsza. Wykonanie tych prac w podmokłym podłożu (nad rzeczkami, których nazw nie znam) było już zadaniem ciężkim. Ja miałem wtedy tylko piętnaście i pół roku.
Pilnował nas personel niemiecki (najbardziej zapamiętałem wspomnianego wyżej Schultza) i biada nam, jeśli praca nasza nie zadowalała nadzoru. Rozpaczliwość położenia pogłębiał fakt, że widzieliśmy wciąż doskonale zorganizowaną machinę: na czas dostarczane drewno budulcowe, drut i faszynę. To jeszcze nie był w gruzy rozsypujący się organizm, o co dbało wszechwładne gestapo. To nie dawało nadziei na rychły koniec.
W drugiej połowie października przydzielono nam na zakwaterowanie opuszczone domostwa w sąsiedniej wsi, bez szyb w oknach, bez drzwi i pieców. To było chyba na byłym poligonie między Toruniem a Aleksandrowem Kujawskim albo na terenach wyludnionych dla celów wojskowych. We własnym zakresie musieliśmy deskami zabić na głucho okna (bez szyb), wykonać jakieś drzwi, w miarę szczelne, aby było cieplej. Robiliśmy wszystko to po normalnych godzinach pracy. Wybudowaliśmy z gliny i cegieł piec do ogrzewania. Zbudowaliśmy również prycze piętrowe. Spaliśmy na nich pokotem w słomie. Nie wszyscy na noc z powodu zimna zdejmowali wierzchnie odzienie, toteż szybko zawszeni byliśmy dokumentnie. Walczyliśmy z wszami gotując wszystko, co było możliwe i niemożliwe do gotowania, w jakimś zdobytym cudem kotle. O ile dobrze pamiętam -skutecznie, gdyż pozbyliśmy się ich. Robiliśmy to po kryjomu, gdyż nie wolno nam było zostawać na kwaterach w godzinach pracy. Nie mieliśmy też niedziel. Na tej kwaterze zostawaliśmy jednak w tym celu o kolei, nielegalnie. Głowa każdego z nas była w tym, aby nie dać się złapać lotnym kontrolom niemieckiego nadzoru. Ja to przeżyłem kiedyś w ten sposób, że po zauważeniu w porę kręcących się w pobliżu Niemców, skutecznie schowałem się pod pryczę. Paliliśmy odpadkami drewna z budowanych umocnień. Palenie drewnem nie z odpadków było sabotażem.
Dopiero dziś zdaję sobie w pełni sprawę, że wtedy byłem dzieckiem. A przecież musiałem stawić czoło problemom tak, jak dorosły. Płakałem rzadko i to był chyba mój ratunek. Płakałem rzadko chyba dlatego, że nieszczęście było powszechne, że cierpieli wszyscy Polacy, że w nieszczęściu nie ma czasu na zastanawianie się nad sytuacją. A ta była straszna.
Kilka kilometrów od nas przy szosie ze Służewa do Torunia, pod lasem w wąwozie był obóz internowanych włoskich żołnierzy marszałka Badoglio. Tak mówiło się o nich między nami. Pracowali na innych odcinkach niż my, bez kontaktu z nami. Nie wiem, jaki był ich na koniec los. Nigdy po wojnie nie odwiedziłem tych okolic.
Pracowaliśmy do ostatnich dni. Kiedy wreszcie ruszyła ofensywa radziecka 17 stycznia 1945 roku, popędzono nas pospiesznie kolumnami na zachód. W kopnym śniegu, w mróz, bocznymi drogami, nie śpiąc, potwornie zmęczeni brnęliśmy Puszczą Bydgoską. Tam nas "zgubili" konwojujący Niemcy. Oni sami myśleli dopiero teraz o ucieczce.
Był chyba 22 stycznia 1945 roku. Ogarnęły nas nacierające wojska radzieckie, które początkowo nie wiedziały, z kim mają do czynienia. Byliśmy wolni. Skończyła się moja okupacyjna gehenna dziecka.
Bitwa pod Grunwaldem to jedna z największych bitew w dziejach średniowiecznej Europy. Krwawy bój stoczono 15 lipca 1410 roku. Historię tego starcia zna pewnie każdy Polak. Wielu rodaków przyjeżdża w to miejsce rokrocznie w lipcu, by świętować rocznicę zwycięstwa. Jak jednak wygląda ten teren, gdy opadnie bitewny kurz, a ziemię przykryje biały puch? Zapraszam Was na iście zimową wycieczkę do Grunwaldu, gdzie cisza aż dzwoni w uszach.
Grunwald zimą - dlaczego warto?
Pola Grunwaldzkie zimą to zupełnie inne doświadczenie niż latem. Nie ma tłumów, nie ma straganów z pamiątkami na każdym kroku. Jest za to ogromna przestrzeń i majestatyczny spokój. To idealny moment, by stanąć pod Pomnikiem Zwycięstwa Grunwaldzkiego i w samotności wyobrazić sobie zgiełk bitwy sprzed ponad 600 lat. Kontrast między krwawą historią a śnieżną bielą krajobrazu robi niesamowite wrażenie.
Bitwa pod Grunwaldem - krótka lekcja historii
Przypomnijmy fakty. Na polach Grunwaldu z jednej strony stanęły połączone siły Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, z drugiej - wojska Zakonu Krzyżackiego, wsparte przez zachodnioeuropejskie rycerstwo. Naczelne dowództwo objęli król Władysław Jagiełło i książę Witold, a po stronie krzyżackiej - Urlich von Jungingen.
15 lipca 1410, około 8:00 rano, wojska polsko-litewskie stanęły u południowego wybrzeża jeziora Łubień. Krzyżacy nadchodzili od zachodu. Wielki mistrz czekał 4 godziny, aż sprzymierzeni przystąpią do bitwy. W tym czasie Jagiełło wysłuchał kolejnych mszy, dokonał pasowania na rycerzy i spokojnie przygotowywał się do starcia. To była wojna nerwów.
Oba wojska rozdzielała licząca około 5 km, pagórkowata przestrzeń. Przez środek pól grunwaldzkich płynął, nieistniejący już dziś Wielki Strumień.
Legenda o dwóch mieczach
Wielki Mistrz Krzyżacki, chcąc sprowokować Polaków do ataku, przysłał do króla Władysława Jagiełły i księcia Witolda dwóch heroldów. Ci wręczyli im dwa nagie miecze. Słowa, które wtedy padły, przeszły do historii:
"Wielki mistrz pruski Ulryk śle tobie i twojemu bratu przez nas, swoich heroldów, te dwa miecze w pomoc do zbliżającej się walki (...) a iżbyś się nie chował w tych gajach i zaroślach, ale na otwartym polu wyszedł walczyć."
Jagiełło przyjął wyzwanie, a wynik tej bitwy złamał potęgę Krzyżaków w Europie na zawsze.
Statystyki, które robią wrażenie
Polacy i Litwini: ponad 30 tys. jazdy, 2 tys. piechoty.
Krzyżacy: 16 tys. jazdy, 5 tys. piechoty i 5 tys. czeladzi.
Praktyczne wskazówki dla zwiedzających zimą
Wybierając się na Pola Grunwaldzkie zimową porą, pamiętaj o kilku rzeczach, które sprawią, że wycieczka będzie udana:
Ubierz się ciepło! To otwarty teren, wzniesienia i pagórki. Wiatr hula tu niesamowicie, a temperatura odczuwalna jest zazwyczaj o kilka stopni niższa niż pokazuje termometr. Czapka i rękawiczki to absolutna konieczność.
Odwiedź Muzeum Bitwy pod Grunwaldem. Nowoczesny budynek muzeum jest czynny cały rok. To świetne miejsce, by ogrzać się po spacerze i zobaczyć interaktywne wystawy, kopie uzbrojenia i filmy historyczne.
Parking. Zimą zazwyczaj nie ma problemu z miejscem parkingowym tuż przy wejściu na teren pól.
Wzgórze Pomnikowe. Uważaj na podejścia pod pomnik - kamienne stopnie mogą być oblodzone i śliskie.
Reprezentujesz region lub miasto i chcesz pokazać jego historię?
Sprawdź moją ofertę współpracy dla miast i regionów. Razem stworzymy opowieść, która przyciągnie turystów.